25 lutego 2017

Basilio

Basilio patrzył na niego ze skrzywioną miną i uniesioną brwią, chociaż gwałtowność mężczyzny go tak zaskoczyła, że nadal czuł przyspieszone bicie serca. Zirytowało go jednak, że kolejny raz przygważdża go do ściany. Równie mocno, co jego dziwna paranoja wobec munduru, jakby to były relikwia samego Jezusa. Zmrużył lekko oczy.
- Żyłka na czole ci zaraz pęknie - mruknął, ale posłusznie zaczął zdejmować marynarkę. Powoli. - Twoi znajomi muszą mieć z tobą ciekawe życie.
- Mówisz, jakbyś się do nich zaliczał.
Velasco nieśpiesznie zrzucił z siebie górę munduru i patrzył, jak Havasyy, który nie cofnął się nadal ani o krok, prześlizguje się pospiesznie spojrzeniem po jego nagim torsie. Serce nadal nie wróciło mu do normalnego rytmu. Odepchnął się od ściany, by położyć ubranie na łóżku. Zetknęli się ciałami. Chwilę mierzyli się spojrzeniami z ukosa. Gość wciąż wyglądał na wzburzonego. Pchnął go lekko ramieniem, by przejść. Przysiadł na fotelu, by zdjąć buty (lekko luźne) i spodnie.
- Wiem, że jesteś pedantem, ale to chyba lekka przesada, nie uważasz? - skierował pytanie do pleców Hava, zakładając już swoje ciuchy.
- Przesada? Nie - odpowiedział stanowczo blondyn. - Ludzie zginęli, walcząc w tym mundurze. Przyjaciele. Towarzysze broni. Co ty możesz o tym wiedzieć?
Stał z rozpiętą koszulą, a jego pierś unosiła się i opadała w głębokiej ciszy. Nie widział twarzy Schmita. Nawet gdyby się w końcu do niego odwrócił, wciąż by go nie widział. W momencie, gdy wypowiedział te słowa, przestrzeń pokoju wypełniły duchy przeszłości. Wtargnęły do środka jak huragan, rozszarpywały niezabliźnione nadal rany; zaczynały one powoli krwawić, w głowie huczało mu od krzyków i oskarżeń. Czuł na sobie zmartwione spojrzenie ciemnych oczu, zapach zbutwiałego drewna.
- Masz rację. Ludzie giną tylko na wojnie i w mundurach. Zapomniałem o tym.
Chciał już wyjść, ale Havassy chwycił go mocno za rękę.
- Nie możesz tak wyjść.
Wyszarpnął się i zapiął prędko koszulę. Sięgnął po swoją marynarkę i kamizelkę.
- Życzy pan sobie czegoś? - Uśmiechnął się swoim zwyczajem, ale tym razem nie potrafił włożyć w to odpowiedniej dawki lekkości i nonszalancji. Nie wiedział, czy udało mu się zamaskować ból i zażenowanie, bo zrozumiał, że przekroczył granicę, rządząc się w ten sposób. Nie umiał jednak zaprzestać gry. - Ciasteczka?
Nie czekając na odpowiedź, wyszedł, zamykając za sobą ostrożnie drzwi. Nikogo nie zastał na korytarzu. Ruszył szybkim krokiem do siebie. Głupie serce bez przerwy waliło mu w piersi; zaczynał się wręcz niepokoić, że nie zamierza przestać i niedługo padnie na zawał. Nie zdążył jednak się skryć, bo już, jak zwykle, jak pajac z pudełka, wyskoczył rozeźlony Julio. Zagonił go na dół, by przygotować jadalnię. Gadając do siebie pod nosem, zaczął razem z dwójką pozostałych kelnerów poprawiać obrusy i rozkładać naczynia i sztućce. Łapał się co chwilę na tym, że zamierał bez ruchu, pogrążał się w nijakich myślach. Musiał ciągle doprowadzać się do porządku. Z każdą godziną czuł  się coraz gorzej. Tak dawno i szczelnie zamknął te drzwi, że teraz, gdy zostały uchylone, uczucia wlewały się w niego z powrotem z ciśnieniem, jakiego nie potrafił znieść. Skorzystał z okazji, gdy miał luz i wyszedł na tył budynku, kucnął pod ścianą i ukrył twarz w dłoniach. Wydał z siebie przeciągłe westchnienie na pograniczu z jękiem. Zerwał się zaraz, stanął tuż nad krawędzią wody. Wpatrywał się w nią i im dłużej patrzył w swoje odbicie, tym mniej widział siebie, a tym więcej jej.
Nawet gdyby jedna z pracownic nie wyszła teraz z budynku i go nie wystraszyła, prawdopodobnie samoistnie i tak przechyliłby się ku kanałowi. Zderzenie nie było bolesne. Mróz za to otrzeźwił go w jednej chwili. Nie umiał pływać za dobrze, a ciuchy nasiąkły natychmiast, ciągnąc go na dno. Nie widział dziewczyny, która wcześniej weszła; mógł liczyć jedynie, że pobiegła po pomoc. Chłód przeniknął jego skórę i wdzierał się w kości, tysiące igieł wbijało mu się w każdy centymetr ciała. Ledwo utrzymywał głowę na powierzchni. Nie był w stanie złapać się niczego wokół i bardzo szybko tracił siły.
Woda po połknęła. Może tak to się właśnie miało skończyć. W ten sam sposób. Zasługiwał na to. Powinien...
Ktoś złapał go za koszulę i szarpnął gwałtownie w górę. Obił się o kamienny murek ramieniem, potem żebrami i biodrem, aż w końcu wyciągnęli go na stały ląd. Ktoś lekko klepał go po plecach, gdy wypluwał połkniętą wodę. Uniósł głowę i zobaczył Doriano.
- Zachciało ci się pływać? - zaśmiał się nerwowo przyjaciel.
Nie był w stanie mu odpowiedzieć, bo telepało nim z zimna, zacisnął więc tylko dłoń na jego ramieniu w podziękowaniu. Chłopak pomógł mu wstać i zszedł z nim do piwnicy. Zaparzyli mu herbaty, dali suche ubrania i koc. Nawet Julio po prostu omijał go wzrokiem.
- Na godzinę cię samego zostawić nie można.
- Przepraszam.
Doriano zmarszczył brwi.
- Chyba się przesłyszałem.
- Ze mną już dobrze. Wracaj do pracy, zanim Julio ci zdzieli w łeb.
Patrzył jeszcze chwilę na niego z lekką konsternacją, nim poszedł. Basilio wpatrywał się w napój, aż zapiekły go oczy. Wtedy zacisnął powieki.
Nie chciał tych wspomnień.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz