25 lutego 2017

Basilio

2 komentarze:
Basilio patrzył na niego ze skrzywioną miną i uniesioną brwią, chociaż gwałtowność mężczyzny go tak zaskoczyła, że nadal czuł przyspieszone bicie serca. Zirytowało go jednak, że kolejny raz przygważdża go do ściany. Równie mocno, co jego dziwna paranoja wobec munduru, jakby to były relikwia samego Jezusa. Zmrużył lekko oczy.
- Żyłka na czole ci zaraz pęknie - mruknął, ale posłusznie zaczął zdejmować marynarkę. Powoli. - Twoi znajomi muszą mieć z tobą ciekawe życie.
- Mówisz, jakbyś się do nich zaliczał.
Velasco nieśpiesznie zrzucił z siebie górę munduru i patrzył, jak Havasyy, który nie cofnął się nadal ani o krok, prześlizguje się pospiesznie spojrzeniem po jego nagim torsie. Serce nadal nie wróciło mu do normalnego rytmu. Odepchnął się od ściany, by położyć ubranie na łóżku. Zetknęli się ciałami. Chwilę mierzyli się spojrzeniami z ukosa. Gość wciąż wyglądał na wzburzonego. Pchnął go lekko ramieniem, by przejść. Przysiadł na fotelu, by zdjąć buty (lekko luźne) i spodnie.
- Wiem, że jesteś pedantem, ale to chyba lekka przesada, nie uważasz? - skierował pytanie do pleców Hava, zakładając już swoje ciuchy.
- Przesada? Nie - odpowiedział stanowczo blondyn. - Ludzie zginęli, walcząc w tym mundurze. Przyjaciele. Towarzysze broni. Co ty możesz o tym wiedzieć?
Stał z rozpiętą koszulą, a jego pierś unosiła się i opadała w głębokiej ciszy. Nie widział twarzy Schmita. Nawet gdyby się w końcu do niego odwrócił, wciąż by go nie widział. W momencie, gdy wypowiedział te słowa, przestrzeń pokoju wypełniły duchy przeszłości. Wtargnęły do środka jak huragan, rozszarpywały niezabliźnione nadal rany; zaczynały one powoli krwawić, w głowie huczało mu od krzyków i oskarżeń. Czuł na sobie zmartwione spojrzenie ciemnych oczu, zapach zbutwiałego drewna.
- Masz rację. Ludzie giną tylko na wojnie i w mundurach. Zapomniałem o tym.
Chciał już wyjść, ale Havassy chwycił go mocno za rękę.
- Nie możesz tak wyjść.
Wyszarpnął się i zapiął prędko koszulę. Sięgnął po swoją marynarkę i kamizelkę.
- Życzy pan sobie czegoś? - Uśmiechnął się swoim zwyczajem, ale tym razem nie potrafił włożyć w to odpowiedniej dawki lekkości i nonszalancji. Nie wiedział, czy udało mu się zamaskować ból i zażenowanie, bo zrozumiał, że przekroczył granicę, rządząc się w ten sposób. Nie umiał jednak zaprzestać gry. - Ciasteczka?
Nie czekając na odpowiedź, wyszedł, zamykając za sobą ostrożnie drzwi. Nikogo nie zastał na korytarzu. Ruszył szybkim krokiem do siebie. Głupie serce bez przerwy waliło mu w piersi; zaczynał się wręcz niepokoić, że nie zamierza przestać i niedługo padnie na zawał. Nie zdążył jednak się skryć, bo już, jak zwykle, jak pajac z pudełka, wyskoczył rozeźlony Julio. Zagonił go na dół, by przygotować jadalnię. Gadając do siebie pod nosem, zaczął razem z dwójką pozostałych kelnerów poprawiać obrusy i rozkładać naczynia i sztućce. Łapał się co chwilę na tym, że zamierał bez ruchu, pogrążał się w nijakich myślach. Musiał ciągle doprowadzać się do porządku. Z każdą godziną czuł  się coraz gorzej. Tak dawno i szczelnie zamknął te drzwi, że teraz, gdy zostały uchylone, uczucia wlewały się w niego z powrotem z ciśnieniem, jakiego nie potrafił znieść. Skorzystał z okazji, gdy miał luz i wyszedł na tył budynku, kucnął pod ścianą i ukrył twarz w dłoniach. Wydał z siebie przeciągłe westchnienie na pograniczu z jękiem. Zerwał się zaraz, stanął tuż nad krawędzią wody. Wpatrywał się w nią i im dłużej patrzył w swoje odbicie, tym mniej widział siebie, a tym więcej jej.
Nawet gdyby jedna z pracownic nie wyszła teraz z budynku i go nie wystraszyła, prawdopodobnie samoistnie i tak przechyliłby się ku kanałowi. Zderzenie nie było bolesne. Mróz za to otrzeźwił go w jednej chwili. Nie umiał pływać za dobrze, a ciuchy nasiąkły natychmiast, ciągnąc go na dno. Nie widział dziewczyny, która wcześniej weszła; mógł liczyć jedynie, że pobiegła po pomoc. Chłód przeniknął jego skórę i wdzierał się w kości, tysiące igieł wbijało mu się w każdy centymetr ciała. Ledwo utrzymywał głowę na powierzchni. Nie był w stanie złapać się niczego wokół i bardzo szybko tracił siły.
Woda po połknęła. Może tak to się właśnie miało skończyć. W ten sam sposób. Zasługiwał na to. Powinien...
Ktoś złapał go za koszulę i szarpnął gwałtownie w górę. Obił się o kamienny murek ramieniem, potem żebrami i biodrem, aż w końcu wyciągnęli go na stały ląd. Ktoś lekko klepał go po plecach, gdy wypluwał połkniętą wodę. Uniósł głowę i zobaczył Doriano.
- Zachciało ci się pływać? - zaśmiał się nerwowo przyjaciel.
Nie był w stanie mu odpowiedzieć, bo telepało nim z zimna, zacisnął więc tylko dłoń na jego ramieniu w podziękowaniu. Chłopak pomógł mu wstać i zszedł z nim do piwnicy. Zaparzyli mu herbaty, dali suche ubrania i koc. Nawet Julio po prostu omijał go wzrokiem.
- Na godzinę cię samego zostawić nie można.
- Przepraszam.
Doriano zmarszczył brwi.
- Chyba się przesłyszałem.
- Ze mną już dobrze. Wracaj do pracy, zanim Julio ci zdzieli w łeb.
Patrzył jeszcze chwilę na niego z lekką konsternacją, nim poszedł. Basilio wpatrywał się w napój, aż zapiekły go oczy. Wtedy zacisnął powieki.
Nie chciał tych wspomnień.

13 grudnia 2016

Havassy

Brak komentarzy:
Kręcenie się wokół apartamentu Nancsi Schmit uważał za przejaw głupoty, którego nie miał zamiaru okazywać. Podobnie kręcenie się wokół recepcji w celu zdobycia do niego klucza - Doriano już i tak był przez niego narażony na kłopoty i jakkolwiek Havassy nie miewał problemów z tego rodzaju wyrzutami sumienia - żałował o wiele gorszych rzeczy - tak wiedział, że ludzie odczuwający antypatię do danej osoby są znacznie bardziej skłonni na działanie na jej niekorzyść. Tudzież mniej skłonni na przymykanie oczu na pewne rzeczy.
Nie widział konwencjonalnej metody na dostanie się do środka.
 - Havassy! Czyżbyś dopiero teraz wstał? - usłyszał z pokoju gościnnego, którego otwarte na oścież drzwi mijał w zamyśleniu. Zamarł w pół kroku i przeniósł z powrotem ciężar ciała do tyłu, by zerknąć, kto go wołał. Starsza, miła pani, która - jeśli dobrze pamiętał - przybyła do Wenecji ze swoim mężem i wnukiem aż z Sycylii. Kobieta zdążyła go zaszufladkować w poczet uroczych młodzieńców w mundurach, czemu Havassy nie był szczególnie przeciwny z uwagi na jej charyzmę.

- Mój wnuk Maurizio też jest we wojsku. I syn był, szedł w wyprawie tysiąca razem z czerwonymi koszulami na Sycylię, gdzie teraz mieszkamy. Później razem z ojcem walczyli tu, o tą właśnie Wenecję przeciwko wam, Austriakom! Skaranie boskie z tymi mężczyznami, dobrze wiem, że was do wojaczki ciągnie przygoda! Ciebie też pewnie ciągnęła, a ja ci powiem, młodzieńcze - jesteście jak te dmuchawce, które wiatr zwieje i niby to polecą za przygodą, a Bóg jeden wie, czy później coś z nich będzie - ciągnęła starowinka pijąc dystyngowanie herbatę zmieszaną z odrobiną rumu. Mogła godzinami rozprawiać o tym, co przeżyła ona i jej rodzina. Tymczasem Schmit mógł godzinami jej słuchać.

 - Buongiorno, pani Ricci. Tak się złożyło, że dopiero teraz - przyznał blondyn przyklejając do twarzy uśmiech uroczego młodzieńca w mundurze.
 - Widziałam cię w nocy przy barze, młody łajdaku. Cóż, wstałeś wcześniej niż mój mąż. Już nie te lata...
Podbiegł do nich dzieciak, którego imienia Havassy nie pamiętał - nie przepadał za dziećmi - i o którym wiedział jedynie, iż był on najmłodszym wnukiem pani Ricci.
 - Nonna, oni tu mają zupełnie nieumyte gzymsy. Mogę to zgłosić? - Spytał, ukazując dorodny uszczerbek w uzębieniu. Najwyraźniej chciał się poczuć kimś równie ważnym jak dorośli goście. Havassy nie zauważył, by zwracano tu szczególną uwagę na dzieci. Choć słuszniej byłoby stwierdzić, że sam nie zwracał na nie uwagi.
 - Gdzie ty miałeś okazję przyglądać się gzymsom? Poszedłbyś się bawić jak inne, normalne dzieci - odburknęła pani Ricci z teatralną gburowatością, na przekór słowom wpychając dziecku cukierki do dłoni. Źródło ubytków w uzębieniu zostało odkryte, pomyślał ironicznie Schmit. Chłopak wypchał usta prawie wszystkimi słodkościami na raz, mierząc Wiedeńczyka uważnym spojrzeniem. Ten odpowiedział mu zdystansowanym uśmiechem - tylko z uwagi na panią Ricci, której nie chciał urazić - w rzeczywistości błądził myślami wokół apartamentu swojej niedoszłej współpracowniczki.
 - Nonna mówiła, że jesteś żołnierzem! A mój tato i brat byli lepsi. I nie lubili takich jak pan! - Oświadczył bezczelnie dzieciak.
 - Giacomo - oburzyła się staruszka, jednakże Havassy roześmiał się tylko.
 - Przestałbyś tak twierdzić, gdybyś zobaczył, że strzelam równie dobrze, jak twój tata i brat.
Giacomo skrzyżował ręce stając w rozkroku, w parodii groźnej, męskiej postawy. Wiedeńczyk posłał krótki uśmiech pani Ricci, po czym wrócił się do swego apartamentu po krótką broń, którą nosił zawsze w cywilu - odprowadzany ostrzeżeniem pani Ricci, by był ostrożny.
Ta nagła wylewność wobec dzieciaka nie brała się ze znienacka rozbudzonej czułości wobec młodego przedstawiciela gatunku homo sapiens - w swych rozmyślaniach nad problemem znalazł po prostu rozwiązanie.

***

 - A nauczysz mnie tak strzelać jak ty? - Spytał chłopak, śledząc z zachwytem wprawione ręce obsługujące bron z pewną dozą czułości.
 - A masz swoją broń? - Odparował Havassy - broń jest jak... - urwał z lekkim zakłopotaniem szukając odpowiedniego porównania - nikomu się jej nie oddaje - dokończył.
Giacomo, rzecz oczywista, zmarkotniał.
 - Pokaż mi lepiej ten brudny gzyms - stwierdził Schmit, chowając broń do pochwy.
 - Zgłosisz to?
 - Oczywiście.
Dzieciaka żądnego sensacji nie trzeba było namawiać. Pobiegł przodem zmuszając Schmita do przyspieszonego marszu. Ściana, pod którą się zatrzymał była wysoka i znajdowała się nad jednym z kanałów na tyłach hotelu, nie było więc dziwne, że nikt się nie zajmował zdobiącym ją gzymsem.
 - I niby jak odkryłeś, że jest brudna? - zagadnął go Wiedeńczyk, poświęcając ścianie nieco więcej niż należało uwagi. Wyraźnie dało się po niej dostać na dach - po uprzednim wspięciu się po paru ubytkach i z dodatkową pomocą framug okiennych. Prezentacja Giacoma tylko potwierdziła jego kalkulacje.
 - I przy gzymsie poślizgnęły mi się palce. To jest całe zielone i śliskie!
 - Karygodne! Ale lepiej tu nie wchodź. Broń dają tylko karabinierom i wojsku, a tam się nie dostaniesz jako inwalida.
Giacomo posłusznie zszedł. Może obsługa dzieci była łatwiejsza niż sądził.

***
Wejście po dachu do apartamentu Nancsi wydawało się opcją całkiem realną i w chwili obecnej jedyną, jaką przychodziła Havassy'emu do głowy. Może nie dokładnie w chwili obecnej, jednakże była to rzecz, której miał zamiar się podjąć pod osłoną nocy, jeśli tylko Basilio nie znajdzie innego sposobu.
Zbytnio pochłonięty myślami, za późno uświadomił sobie, jak wspaniałą okazję miał przed chwilą do przeszukania apartamentu, gdy wyszła z niego pokojówka, rozglądając się nerwowo.
 - Potrzebuje pani pomocy? - Zagadnął, ta jednak odpowiedziała nerwowym uśmiechem i odeszła, kręcąc głową na znak odmowy.
Pozostało czekać na ruch Basilia. Zniechęcony wszedł do swoich pokoi.

Nie spodziewał się spotkać delikwenta we własnym salonie - i we własnym mundurze. Niespodziewanie ogarnęła go złość. Bezczeszczono jego galowy mundur wspaniałej Armii Austro-Węgierskiej. Zdążył zarejestrować strategiczne opięcia materiału i haniebne ślady po okruszkach ruszając w stronę Włocha - którego emocje na twarzy przeszły ciekawą ewolucję od zaskoczenia, przez rozbawienie po wyraźny dyskomfort wywołany taką, a nie inną reakcją Schmita.
 - Ściągaj to - warknął, popychając go na ścianę i próbując samemu go wyłuskać z munduru wbrew obronnym gestom Basilia.
 - Uspokój się - wysapał Włoch, próbując się jakoś uwolnić. Havassy'emu dudniło z tyłu głowy, że całkiem niedawno odegrała się podobna scena. To go otrzeźwiło. Przyparł Basilia bardziej do ściany.
 - Grzecznie to ściągniesz i niech Bóg cię uchowa, jeśli coś zniszczyłeś - zniżył głos do tonu, który równie dobrze mógł być przejawem wyszukanej galanterii, jak i groźbą.

6 listopada 2016

Basilio

Brak komentarzy:
Kierując się z powrotem do swojej klitki, którą dzielił z Dorianem, rozmyślał nad tym, czy nie wpakował się w jedno wielkie bagno. Współpracownicy uśmiechali się do niego na powitanie lub uciekali wzrokiem, jeśli zdążyli już paść ofiarą jego przesłuchania tego dnia. Sprawa wydawała się prosta; ponieważ wszyscy wiedzieli o Leonardzie, iż to człowiek porządny, wręcz chorobliwie skrupulatny i jeśli widział, że ktoś się łasi o napiwek, to głośno wyrażał swoją dezaprobatę, Velasco wątpił, by przyczyną były pieniądze. Leo nie posiadał rodziny od paru lat, kiedy matka mu nagle zmarła. Nie składował żadnych swoich bibelotów. To, co zarobił, przepuszczał na zakłady i alkohol. Zawsze wydawał się Basiliowi markotny, zrzędliwy, niezadowolony. Samotny. Czasami się zastanawiał, czy Doriano też to dostrzegał i dlatego ustawiał się z nim na bójki, choć miał tyle mięśni, co jego babka i kiedy raz ktoś w barze dla śmiechu wyzwał go na pojedynek rąk, to się tak wystraszył, że Basilio z Leonardem go przekonywali przez dwa piwa, by nie wziął nóg za pas.
Jeśli chodzi o mordercę, podejrzewał, że kobieta była jego kochanką. Choć Leo wręcz odstręczał swoim charakterem kobiety, nie dało się ukryć, że (tak jak niemal wszyscy pracownicy hotelu) twarz miał przystojną. Może przy pięknej damie z wyższych sfer mężczyzna przełamał swój ciężki charakter.
Tym, co nie pasowało w tej historii, był motyw. Jeśli Węgierka zbiegła z domu, rozgłos w formie skandalu niczego dobrego by jej nie przyniósł. Jeśli go nie szantażowała ujawnieniem, to dlaczego by ją zabijał? Wcale mu się to nie kleiło.
Wszedł do swojego pokoju i z rezygnacją siadł na swoim łóżku. Doriano, który spał przykryty kocem, obudził nieznaczny hałas (chyba wszyscy tu na to cierpieli, wieczna gotowość) i zerwał się. Spojrzał niezbyt przytomnie na kolegę.
- Która godzina?
Wzruszenie ramion w odpowiedzi.
Może się zakochał, a ona chciała odejść? Jeśli nie mogła być z nim, nie będzie w ogóle? Potrafił to sobie wyobrazić.
Zauważył, że Doriano zaczął się krzątać w pośpiechu i przygotował swoje własne, najczystsze i najładniejsze ciuchy.
- Wychodzisz gdzieś?
- Mówiłem ci, siostra przyjechała mnie odwiedzić.
Zastanawiał się, czy kolega kiedykolwiek wspominał mu o rodzeństwie, ale nie przypominał sobie. Mówił jedynie o rodzicach, że z północy, że z wioski, że surowi. Nic o siostrze, a tym bardziej jej przyjeździe. Mimowolnie poczuł ukłucie zazdrości, ale szybko zamaskował je uszczypliwym uśmiechem.
- Może nas sobie przedstawisz?
- Nie ma mowy - żachnął się tamten. - Ona jest mężatką.
- Nie wszystkim to przeszkadza - odparował, szczerząc zęby na całego.
- Mi tak.
Wyszedł napuszony, z obrażoną miną, ale on i tak wiedział, że wróciwszy, nie będzie nawet tej rozmowy pamiętał. Westchnął lekko. Naprawdę chciałby poznać jego siostrę. Traktował Doriano jak młodszego brata, którego nigdy nie miał, a o którym zawsze marzył.
Oczywiście, nigdy by się mu do tego nie przyznał.

Po tym, jak udało mu się podkraść kolejną czekoladę i pożarł ją na raz w składziku, od razu poprawił mu się humor. Nieistotne, że nie porozmawiał z Dorianem o Leonardzie. Miał trochę własnych obserwacji i przemyśleń, którymi mógł się podzielić z Havassym.
Havassy. Cóż za idiotyczne imię. Jego rodzice musieli mieć bardzo słabe poczucie humoru. A może właśnie wyborne? - zastanawiał się, wpychając do ust ostatni kawałek czekolady. Ciekawe, czy miało jakieś znaczenie? Może: "PADNIJ!" albo "OGNIA!" czy "ŚMIERĆ WROGOM OJCZYZNY"*. Zachichotał sam do siebie i wyszedł z policzkami wypchanymi wyjątkowo niekulturalnie. Zapytał przechodzącego kelnera, czy do pokoju Schmita nie trzeba czegoś zająć, bo Julio zrobił z niego osobistego usługiwiera. Dowiedział się w ten sposób, że szacowny pan gdzieś wyszedł, a pokojówki już tam posprzątały. Błyskotliwa idea rozświetliła umysł Basilio, a serce zatrzepotało z ekscytacji. Poprawił swój frak, zatarł ręce i udał się do pokoju numer szesnaście, razem ze stolikiem, na którym stała woda i ciasteczka, otworzył sobie i wszedł z arsenałem, gotów do przeszukania pokoju. Wbrew pozorom, mężczyzna trzymał u siebie sporo rzeczy. Zadomowił się na całego. Oprócz książek z tytułami raniącymi oczy, w jednej szuflad znalazł stosik listów. W przeróżnych językach. Z francuskiego wyczytał sporo i żałował, bo wiało paskudną nudą. Z innego, po hiszpańsku, zrozumiał mniej, ale na tyle, na ile udało mu się rozszyfrować pedantyczne pismo wojaka, uznał, iż wyszło mu to tylko na dobre. Ostatni (chyba lekko ubrudził go ciastkiem), ku jego zdziwieniu, acz uldze dla serca i duszy, był po włosku. Dopiero w tej chwili zawahał się, czy nie przekraczał pewnej granicy. Nigdy nie przejmował się specjalnie tym, co wypada, a co nie. Oczywiście, postawił się teraz w sytuacji, gdzie może zostać wydalony z pracy, a tego bardzo by nie chciał; spodobało mu się w tym miejscu, przyzwyczaił się, poznał ludzi. Nie potrzebował zmiany, choć był na nią gotowy w każdej chwili. W tym momencie nie chodziło jednak o pracę. Chodziło o to, że do tej pory szpiegował jedynie swoich rodziców, a sprawa z morderstwem, szukanie winnego, przesłuchania - to wszystko wzbudzało w nim niebezpieczny dreszczyk emocji. Zaspokajał teraz jedynie własną żądzę wiedzy. Naruszał prywatność obcej osoby. Poza miejscem pracy i Leonardem, nic go z tą sprawą nie łączyło. Nigdy nie ukrywał, że lubił kłopoty, przynajmniej dopóki nie został kelnerem. Wciąż, to kłopoty. Teraz czuł się tak, jakby łamał prawo.
Finalnie jednak postanowił przeczytać korespondencję. Zawiódł się po raz kolejny; żadnych zwrotów do przełożonych, żadnych raportów. Jedynie tchnące żałością zwierzenia, jak mu smutno i samotnie i prośby o przybycie i pozdrowienia do innego mężczyzny. Przynajmniej potwierdziło to jego przypuszczenia.
Może poważne listy przechowywał w specjalnej skrytce?
W ten sposób przystąpił do przeszukiwania szafy. Odkrył w niej skarb - wojskowy mundur. Pod nagłym impulsem Basilio brutalnie rozłożył pedantycznie złożony ciuch. Rzucił go na łóżko, szybko upewnił się, czy nikt nie wejdzie do pokoju, po czym zaczął się rozbierać. Rękawy i nogawki munduru okazały się niewiele za długie. Zaczął oglądać się ze wszystkich stron, z aprobatą kiwając głową na zabieg zastosowany w części pomiędzy plecami a udami. Przegryzł w tymczasie parę ciastek. Właśnie miał przyjrzeć się uważnie tamtemu zjawisku, kiedy do apartamentu wszedł Havassy.
Zdecydowanie nie rozbawił go widok, jaki zastał.


zawsze jacyś byli!

13 października 2016

Havassy

Brak komentarzy:
Jakkolwiek pajacowanie Włocha drażniło Havassy'ego, tak czuł, że musi go usprawiedliwić będąc świadomym, że sam używając swoistej maski nie zachowuje się w hotelu na co dzień lepiej. Przejście na "ty" przełknął, upominając się, że personel nie jest kimś gorszym.
Wskazał mu bez słowa krzesło, również siadając. Basilio skorzystał z nieschodzącym z jego twarzy uśmiechem.
- A więc: co to za sprawy? - spytał najwyraźniej z dużą pewnością siebie zakładając, że pozna odpowiedź.
- Nie powinienem - odparł Schmit po krótkim zawahaniu się, spuszczając wzrok na zdobioną filiżankę. Miała delikatny, kwietny wzór - gdyby jego kompani z Armii zobaczyli, że pije z czegoś takiego, natychmiast posypałyby się przeróżne żarty. W kadr wdarły mu się palce Velasco, którymi postukał niecierpliwie w blat stolika.
- Jesteśmy po jednej stronie barykady, zgadza się?
Schmit wbił spojrzenie w niespeszonego tym faktem młodzieńca.
- Dobrze więc - odparł nieco chłodno, poprawiając się na fotelu - Viktoria Nancsi była córką jednego z moich przełożonych. Uciekła z domu, zgodnie z naszymi informacjami do Wenecji - z racji, że przyjeżdżam tu co roku, do sprowadzenia jej z powrotem zostałem oddelegowany ja.
Uważnie obserwował Basilio, którego ta informacja z niezrozumiałych dla niego powodów zaskoczyła.
- A więc to taka sprawa polityczna - mruknął, odchrząkując.
- Tak. Nie powinieneś tego rozpowszechniać. Nawet wśród kucharek i innych im podobnych - mruknął Schmit ironicznie. Velasco błysnął zębami znacząco, co Austriak zignorował.
- Czyli skoro po niej, niedługo wracasz do siebie?
Havassy zatrzymał się z filiżanką w połowie drogi do ust.
- Nie mogę wrócić z pustymi rękami.
- Porwiesz ze sobą podejrzanego? - Włoch parsknął śmiechem.
Młodzieniec uśmiechnął się kątem ust. Może to i lepiej, że ten wesołek nie brał tego na poważnie.
- Muszę wiedzieć jak najwięcej. Opowiesz mi o podejrzanym?
Włoch sięgnął po jego filiżankę, obserwując jak szybko wyprowadzi tym z równowagi swego rozmówcę. Schmit nie dał po sobie znać, że idzie mu całkiem dobrze wciąż pozostając w rozluźnionej pozie z twarzą wyrażającą umiarkowanie przyjazne zainteresowanie. Sprawy służbowe nie wywoływały w nim chęci do gierek, jednakże wiedział, że niestety do tego się one sprowadzają - nie spodziewał się tylko tego po kimś niezwiązanym z sytuacją. Chyba, że kłamał.
- Podejrzany to Leonardo Zettici.
- Znasz go?
- Pracował z nami. Przykładny pracownik, punktualny, sumienny, Julio mu klaskał uszami za to - wyrecytował prawie znudzonym tonem głosu.
Havassy stał się czujny. To nie brzmiało jak opis mordercy.
- To wszystko? Naprawdę?
- Nie powiedziałem, że wszystko. Lubił bitki z Dorianem, choć nie wyglądał na takiego. Więc kto wie, może był zdolny i do tego. Pozory mylą.
Havassy potarł skroń w skupieniu.
- Z Dorianem? Jaki masz kontakt z Dorianem? - spytał, samemu rozważając, czy ma jak wyciągnąć z niego informacje.
- Wystarczająco dobry.
- Powiesz mi...
- Owszem. Ale ty mi również.
Schmit w końcu się uśmiechnął, przytakując.
- Domyślam się, że masz swoje sposoby na dotarcie do mnie.
- Oczywiście - Basilio wstał ukontentowany wynikiem rozmowy - Miłego dnia, Havassy - dodał, by ostatecznie wyjść z jego apartamentu.
Zapewne zdał sobie sprawę z tego, że siedzi tu już stanowczo za dużo czasu i jakby nigdy nic płynnie wrócił do obowiązków. Lub dalszego kopania w całej sprawie.
Schmit dolał sobie herbaty do pozostawionej przez Włocha filiżanki. Oczywiście nie mógł mu zdradzić prawdziwego powodu jego śledztwa; gdyby ta informacja dostała się do uszu ludzi, do których tak naprawdę miał tu dotrzeć, mogłoby się to skończyć naprawdę źle. Sama sprawa zamordowania jego współpracowniczki Viktorii stawała mu ością w gardle - na razie wskazywało na to, że była to sprawa zupełnie oddzielna od tej, dla której tu przybył, a więc nie zbliżała go do właściwego tropu, a wręcz rozpraszała tworząc nowe, fałszywe ślady. Zaczął rozważać dostanie się do apartamentu numer 9. Nancsi miała zebrać podstawowy wywiad z użyciem własnych, niedostępnych mu znajomości. Bez niej błądził we mgle.

2 października 2016

Basilio

Brak komentarzy:
Ponieważ tablice z rozpiskami zmian i pracowników zmieniały się teraz częściej, niż normalnie (rekrutowano i czasem dodatkowy personel na konkretny wieczór), a podejrzanego zabrano po cichu, prawie bez żadnych świadków, Velasco musiał nieźle się nagimnastykować, by dowiedzieć się co, kto i gdzie. Błogosławieństwem dla niego okazała się pulchna Piera z kuchni, bo nikt nie puszczał pary z ust, bali się o pracę. Natomiast na Pierę miał haka, odkąd przyłapał ją na paru kradzieżach różnych smakołyków. Czuł się trochę źle z tym, że wykorzystywał to przeciw niej - wiedział, iż prezentuje te rzeczy siostrzenicy i bratankowi, niemniej była to jedynie pusta groźba, a mówiąc jemu i tak niczego nie ryzykowała. Przyparł ją do muru, gdy tylko na nią wpadł. Kiedy w końcu wydusiła z siebie nazwisko, brwi powędrowały mu ku niebu.
- Że niby kto był mordercą?
Leonardo Zetticci. Leo. Znał gościa. Zdarzyło się raz czy dwa, że wyszli razem z Doriano we trzech do baru. Tamci dwaj regularnie zakładali się o jakieś głupoty i potem nie chcieli sobie płacić, więc dawali sobie po mordzie. A Basilio stał z boku i liczył uderzenia. Jeden cios, dwadzieścia lirów. Poza tymi wybrykami, chłopak się nie wychylał. Zawsze wykonywał dobrze swoją robotę, niczego nie zaniedbywał, stawiał się na czas i nie zasypiał, nawet po nocy w barze. Z drugiej strony Doriano nie wyglądał na takiego, co lubi się pobić od czasu do czasu, a o nim też nikt nie wiedział, że nie tak dawno temu mógł zostać panem na włościach. Pozory mylą, był tego świadom. Ale wciąż...
Przez te rozmyślania nie zdążył uciec, kiedy zza rogu wyskoczył Schmit. Zaklął w myślach. Nagle mężczyzna przyparł go do ściany. W głowie rozpętała się burza pytań, ale na żadnym nie zawiesił swojej uwagi, zbyt zaskoczony bezpośredniością gościa hotelu i nietypowym zachowaniem. Kto był mordercą?
- Właśnie próbowałem się dowiedzieć - skłamał gładko, uśmiechając się figlarnie, chociaż cała sytuacja sprawiała, że czuł się raczej niekomfortowo.
Basilio dawno nie czuł się niekomfortowo. Próbował się wyślizgnąć, ale tamten przyblokował go drugą ręką.
- Właściwie skąd to zainteresowanie?
Chociaż jego twarz wyrażała względną obojętność, jego czyny zdecydowanie temu przeczyły. Włochowi zaczynała pulsować żyłka z nerwów, ale wciąż był w stanie przywołać swój firmowy uśmiech. Co złego, to nie kelner.
- A czemu nie?
Skoro tamten zamierzał się bawić, Basilio też zagra. Podrażni się z nim. Jego ruch. Okazało się, że dosłownie wykonał ruch - rozejrzał się, a potem nachylił się do niego. Velasco chciał się odruchowo cofnąć; nie podobało mu się to nagłe zbliżenie, ale ściana nie zamierzała ustąpić. Zetknęli się lekko ciałami. Wstrzymał oddech, by nie zwiększać powierzchni kontaktu. Czy to miała być groźba? Jeśli tak, to bardzo specyficzna.
- Wiedz, że nie tylko ty masz otwarte uszy - powiedział i poszedł, nim Basilio zdążył mu cokolwiek odpowiedzieć. Odprowadził go wzrokiem, rozcierając miejsce na szyi, gdzie wciąż czuł jego ciepły oddech. Skrzywił się, a zaraz potem uśmiechnął. Lubił podchody, a niemiecki żołnierzyk - pardon, austro-węgierski - ewidentnie był skory do zabawy. Dobrze więc. Wyglądało na to, iż mieli wspólny cel.
- Velasco!
Julio jak zwykle pojawił się znikąd, wraz ze swoim permanentnym ściskiem ust.
- Sir Schmit życzy sobie herbaty do pokoju.
Po raz pierwszy przełożony poszedł mu przypadkiem na rękę. Skinął głową i ruszył do kuchni, by zaraz pojawić się z dzbankiem herbaty i pustą filiżanką pod odpowiednim apartamentem. Zapukał lekko do drzwi.
- Wejść.
Basilio odczekał chwilę, dla zwykłej przekory. Wózek bezdźwięcznie wjechał do środka. Zamknął drzwi i powoli nalał herbaty. Potem położył ją na stoliku, przy którym siedział Havassy. Skinął mu głową. Bez słowa popijał napój, nie zważając na wpatrującego się w niego chłopaka, ani na jego uśmieszek.
- Znałeś ofiarę - odezwał się w końcu Włoch. Chociaż powiedział to twierdząco, w istocie obaj wiedzieli, że to pytanie.
- Tak. - Odłożył filiżankę. - Wiesz, kogo zabrali karabinierzy.
- Tak.
- Co cię wiąże ze sprawą?
- Nic. Co wiąże ciebie?
Cisza. Mierzyli się spojrzeniami. Nagle Velasco uśmiechnął się szeroko.
- Nie wierzysz mi.
- Jeszcze chwilę temu mnie okłamałeś.
- Wtedy zakrywaliśmy karty.
- Teraz je odkrywamy?
- Nie wiem. Ty mi powiedz.
Znów cisza. Schmit wstał. Mieli okazję przyjrzeć się sobie bliżej. Jasne włosy. Jasne oczy, choć nie niebieskie. Ciekawe, czy to problem. Symetryczne rysy. Mocne kości policzkowe. Stalowe tęczówki. Umiał milczeć. Wbrew pozorom to nie było takie proste. Ludzie szybko pękają. Wykonują nerwowe ruchy, uciekają spojrzeniem, wybuchają śmiechem, zaczynają mówić. Basilio zaś zawsze się uśmiechał. Zwykły nawyk, już od małego. Wpojony, ale i nabyty. Wpojony przez rodziców, używany w trybie kulturalnym i uprzejmym. Nabyty, by drażnić ludzi. Lub ich zdobywać. Teraz po prostu dobrze się bawił.
- Dobrze. Zagrajmy w otwarte karty. Wiąże mnie z nią praca. Masz jakieś podejrzenia?
Wzruszył ramionami. Wyciągnął w jego stronę rękę.
- Ryzykuję pracą albo i czymś więcej, dzieląc się z tobą informacjami. Musisz dać mi coś, żebym był pewien, że nie wydasz mnie przy pierwszej lepszej okazji.
- Mam zaufać kelnerowi?
- Mam zaufać arystokracie? - Przechylił przekornie głowę.
- Nie ceniłbym się tak wysoko.
- A ja tak nisko - odbił znów piłeczkę z dziką satysfakcją.
- Co masz na myśli?
- Nic specjalnego.
- Mącisz - mruknął blondyn już lekko rozdrażnionym tonem.
Basilio uśmiechnął się krzywo.
- Lubię, kiedy się dzieje.
- Nie da się ukryć. - Havassy uniósł brew.
- To jak będzie?
- Ty też musiałbyś mi coś powiedzieć.
- Nie sądzę. Zresztą, nie mam nic do ukrycia.
- Każdy ma jakiś sekret.
- Wciąż czekam na twój.
Schmit po raz pierwszy lekko się uśmiechnął, a potem uścisnął mu mocno dłoń.
- Jestem tu na służbie. Sprawy polityczne. Rozumiesz wagę tej informacji? - Zacieśnił uścisk.
- Jak najbardziej, signor. - Basilio ukłonił się teatralnie. - Czy raczej: Havassy?
Mężczyzna nie odpowiedział. Usiadł przy stole i bez słowa wskazał mu drugie krzesło.

Havassy

Brak komentarzy:
Havassy miał wrażenie, iż świat celowo zaatakował bodźcami wszystkie jego zmysły, by ukarać za wczorajsze pijaństwo. Pierwszym bodźcem było donośne pukanie do drzwi, a zaraz potem czyjeś szamotanie się z wnętrza jego apartamentu - tylko ono sprawiło, że Schmit postanowił nie udawać, że go nie ma, zamiast tego podnosząc się ociężale na rękach, które miał wrażenie, że się pod nim załamią. Promienie słoneczne wściekle przebijały się nawet przez zamknięte powieki, sam hotel wypełniony był irytującymi hałasami, pognieciona koszula nieprzyjemnie ocierała mu się o skórę, a pasek od spodni wbijał w biodra. Miał mocną głowę - ta jednak nie była w stanie się oprzeć ilości wchłoniętego alkoholu, gdy proponowała mu go cała sala.
Cudem udało mu się przewrócić z brzucha na plecy, gdy usłyszał drażniąco głośne przywitanie.
- Dzień dobry, panie Schmit. Pańska woda.
Darował sobie wypytywanie, skąd się tu wziął i czemu wszedł do środka bez pukania. Po krótkiej chwili zresztą sobie przypomniał co niektóre wydarzenia poprzedniej nocy - ktoś próbował ściągnąć z niego karnawałowe ubrania i ciągle poprawiał jego pozycję na łóżku, co było całkowicie zbędne w jego mniemaniu. Uśmiechnął się, utrzymując rezon.
- Ty nadal tutaj?
- Nie pamięta pan? - Austriaka zaniepokoiła ciężka do odczytania twarz Włocha. Wyglądał, jakby na siłę starał się utrzymać poważną minę.
- Czego?
- Ponieważ pan się pochorował, zostałem, by się panem zająć.
Nie to chciał Schmit usłyszeć. Nie miał w ustach kwaskowatego posmaku, który by o tym świadczył, też nie miał pewności, czy jego definicja "pochorowania się" pokrywa się z definicją Włocha.
- Pochorowałem się? - powtórzył, niemile zaskoczony. Odprawił młodzieńca, nie zwracając za bardzo uwagi na jego dalsze słowa.
Mimo tej lekkiej rysy na jego ego, był zadowolony tym, że ktoś się zatroszczył o jego potrzeby, sprowadzając mu dzbanek wody, z którego nie omieszkał natychmiast skorzystać. To samo tyczyło się kąpieli - doświadczenie na służbie nauczyło go, że dobre nawodnienie robi po upojnej nocy ogromną różnicę - w jego przypadku tak ogromną, że świadomość, po co tu jest spadła mu na głowę z siłą ciężkiego obucha. Zbyt łatwo przyszło mu zapomnienie w hotelu, do którego przybywał co roku - po raz pierwszy z czymś ważnym - i ta właśnie łatwość sprawiła, że czuł do siebie niemalże obrzydzenie. Ubrał się bardzo skromnie i z dbałością o schludny wygląd, po czym zszedł na śniadanie unikając po drodze spojrzeń służby, która pewnie jako jedyna pamiętała wydarzenia poprzedniej nocy. Obecność jemu podobnych niedobitków w jadalni wcale nie poprawiała nastroju. Zjadł śniadanie będąc żywym uosobieniem pokory i powagi w międzyczasie rozmyślając nad kolejnymi krokami.
***
Właściciel hotelu właśnie wszedł do swojego gabinetu - był tak wyraźnie zasępiony z powodu własnych myśli, że Havassy wolałby go nie zaczepiać. Wcześniejsza wizyta pod apartamentem zamordowanej - to na pewno była ona - nie przyniosła żadnych rezultatów, a jako stały bywalec hotelu mógł liczyć na pewną wyrozumiałość.
Zapukał do drzwi i uchylił lekko,
- Można zająć chwilkę?
- Już zająłeś - starszy mężczyzna podniósł na niego wzrok znad papierów. Wiedział, że nie przyszedł z żadnym problemem w hotelu - w tym wypadku by go zgłosił komuś z personelu. Jeden rzut oka wystarczył Schmitowi, by być pewnym, że tutaj nic nie zdziała. Postanowił zagrać.
- Przepraszam, że przeszkadzam. Chciałem spytać, kiedy zostanie dla gości udostępniony cały teren hotelu - zagadnął, mając oczywiście na myśli zablokowany przez karabinierów hotelowy port na gondole. Dyrektor poprawił na nosie okulary.
- Niestety nie jest to zależne ode mnie. Karabinierzy wszystko badają - odparł, sięgając po jeden z dokumentów na biurku i dając tym samym znać, że dla niego ta krótka wymiana zdań jest skończona. Młodzieniec nie zamierzał zabierać mu więcej czasu, więc wstał.
- Schmit - zatrzymał się z ręką na klamce słysząc swoje nazwisko - wiem, że się martwisz, przyjeżdżasz tutaj co rok. Jakkolwiek historia między naszymi państwami bywała różna, to raczej nie jest sprawa wagi politycznej. Więc nie musisz się o siebie martwić.
Havassy zaskoczony spojrzał w poważne oczy dyrektora.
- To idealny przykład, dlaczego tego typu przelotne romanse nie są niczym dobrym. Włosi mają gorące głowy.
Schmit nie był pewny, w jaki sposób interpretować te słowa. Powstała mu w głowie paranoiczna myśl, czy mężczyzna nie wie czegoś więcej.
- Dziękuję za te słowa - odparł miękko, po czym wyszedł z gabinetu zasępiony. Nie otrzymał prawie żadnej odpowiedzi, jedynie namnożyły się w jego głowie pytania.
Drażniła głupawa beztroska innych gości, a nawet personelu. Widział w ich zachowaniu trochę siebie poprzedniego wieczoru - dlatego też tego dnia obiecał sobie się pilnować.
- Że niby kto był mordercą? - usłyszał zbyt głośny szept za zakrętem tuż przed tym, jak miał zza niego wyjść. Była to jedna z chwil, gdy dziękował służbie w armii możliwości nauczenia się tylu różnych języków. Była to rozmowa nikogo innego, jak Basilia z jakąś kucharką, która na widok Havassy'ego odskoczyła jak oparzona i pospieszyła do swoich obowiązków. Basilio nie był tak szybki.
- No i kto był tym mordercą? - Havassy teatralnie wyszeptał to po włosku, przypierając go do ściany. Włoch wyglądał na zupełnie zaskoczonego takim obrotem spraw - zapewne i pytaniem, i sytuacją, w jakiej się znalazł względem austriackiego gościa.
- Właśnie próbowałem się dowiedzieć - odparł z uśmiechem, próbując subtelnie się wydostać spomiędzy ściany, a niego. Havassy położył drugą dłoń na ścianie uniemożliwiając mu to.
- Skąd właściwie to zainteresowanie? - spytał, wpatrując mu się w oczy z udaną beztroską.
- A czemu nie? - odpowiedział mu jeszcze bardziej szelmowski uśmiech. Schmit zerknął, czy nikogo na korytarzu nie ma. Pusto. Nachylił się do chłopaka, który mimowolnie wcisnął się tym bardziej w ścianę. Poznał, że wstrzymał oddech z braku ruchu powietrza przy szyi.
- Wiedz, że nie tylko ty masz otwarte uszy - wyszeptał cicho, owiewając mu oddechem szyję i policzek.
Nie chciał przeginać, więc jakby nigdy nic odszedł, zanim Włoch zareagował.